Cichociemni. Elita polskiej dywersji – Kacper Śledziński

Było ich 316. Specjalnie wyselekcjonowani żołnierze, poddani morderczym treningom i próbom. Oprócz siły fizycznej, musieli cechować się bardzo wysoką inteligencją i sprytem, a także nerwami ze stali. Znikali ze swoich macierzystych jednostek po cichu, bez słowa wyjaśnienia, ponieważ tego wymagała ich misja. Stąd potoczna nazwa “Cichociemni“, chociaż pełna i oficjalna, obecnie, nazwa to: Cichociemni Spadochroniarze Armii Krajowej. Można rzec, że byli pierwszymi polskimi komandosami. Nie bez powodu, zresztą, stali się patronem Jednostki Wojskowej GROM.
Rok 2016 ogłoszono Rokiem Cichociemnych, bowiem w lutym minęło dokładnie 75 lat od oddania pierwszego skoku spadochronowego przez żołnierzy Armii Krajowej. Z tej okazji “Polityka” poświęciła cichociemnym drugi numer Pomocnika Historycznego. Jest to ponad 160 stron, na których znajdziecie cały portret pokolenia cichociemnych, biografie niektórych z nich, opis ich losów po wojnie oraz akcji, w których uczestniczyli.

 

Temat Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej interesuje mnie bardzo, więc Pomocnik Historyczny Polityki kupiłam i, rzecz jasna, od deski do deski przeczytałam. A teraz, zainspirowana lekturą, chciałabym polecić Wam kilka wydawnictw opisujących dzieje cichociemnych.
Dla tych, którzy o cichociemnych wcześniej nie słyszeli, najpierw krótki rys historyczny. 
W momencie ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę, 1 września 1939 roku, wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni ruszyli na wschód od Warszawy. Następnie, choć ich losy były różne, najczęściej dostawali się przez zieloną granicę na Węgry i Rumunię, aby ostatecznie przybyć się do Francji, gdzie tworzyło się Państwo Polskie na emigracji i polskie oddziały wojskowe. 
Niestety, Francja dość szybko skapitulowała, i zarówno polski Rząd emigracyjny, jak i polscy żołnierze, musieli się przedostać do Wielkiej Brytanii. Wielu polskich żołnierzy czekało 
w szkockich i brytyjskich jednostkach na przydział, nie mając wielkich nadziei, że uda im się powrócić do kraju, aby walczyć z okupantem z bronią w ręku. Niektórym jednak powrót do Kraju był dany i to drogą powietrzną! A wszystko dzięki dwóm ojcom chrzestnym cichociemnych, którzy próbując znaleźć metodę łączności pomiędzy organami państwowymi na emigracji i okupowanym krajem, wpadli na pomysł zrzucania nad terenami polskimi objętymi okupacją specjalnie przeszkolonych skoczków spadochronowych, wyspecjalizowanych głównie w działaniach dywersyjnych. 
Pomysłodawcami tego, odrobinę szalonego, choć przy dobrym przygotowaniu jednak realnego, pomysłu byli kpt. Jan Górski ps. “Chomik” i kpt. Maciej Kalenkiewicz  ps.”Kotwicz”. Mimo, że zdołali przekonać do swojej idei naczelnego Wodza, gen. Władysława Sikorskiego, musieli uczynić wiele starań, aby wcielić swój pomysł w życie. W realizacji łączności drogą powietrzną 
z Krajem (dotychczas kurierzy przenosili meldunki drogą lądową, co było zbyt wolne i zbyt niepewne w objętej wojenną pożogą Europie), pomógł ówczesny premier Wielkiej Brytanii, Winston Churchill. Wiedząc, że siłom alianckim łatwiej będzie walczyć z Hitlerem, jeśli jego wojska będą osłabiane przez dywersję i sabotaż na tyłach frontu, poparł tworzenie konspiracyjnego wojska na terenach okupowanych, oraz pomysł wspierania go zrzutami spadochronowymi wykwalifikowanej kadry i potrzebnego sprzętu. Zrzucani oficerowie mieli wspomagać działania konspiracyjne, głównie poprzez dywersję, aż do momentu, kiedy możliwym stanie się przeprowadzenie zbrojnego powstania na terenach okupowanych, wespół z Aliantami. Churchill powołał zatem, w roku 1940, Kierownictwo Operacji Specjalnych (SOE – SpecialOperation Executive), któremu bardzo obrazowo przedstawił czekające ich zadania, mówiąc: “Panowie, podpalcie Europę”. SOE miało być odpowiedzialne za przygotowanie akcji zrzutów na tereny zajęte przez Hitlera. A jako że, obok Jugosławii, Polska miała najbardziej liczne i dobrze zorganizowane podziemie (wówczas Związek Walki Zbrojnej, przemianowany w roku 1942 na Armię Krajową), szukano głównie polskich kandydatów, gotowych drogą powietrzną dostać się do Polski i dalej walczyć w konspiracji.
 
Pierwszy skok odbył się  w nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku, ostatni zaś 27 grudnia 1944. Przez ten czas zrzuconych zostało na teren okupowanej Polski 316 przeszkolonych oficerów -cichociemnych właśnie – wśród nich jedna kobieta – Elżbieta Zawadzka ps. “Zo”, której pomnik 
w Toruniu na ulicy Podmurnej miałam ostatnio okazję oglądać. 
A także tony sprzętu wojskowego (m.in. broń, amunicję, radiostacje) oraz bardzo duże sumy pieniędzy w dolarach, markach niemieckich i złotych polskich.
Po skoku i przejęciu przez placówkę odbiorczą i zdaniu sprzętu oraz pieniędzy, jakie skoczkowie mieli ze sobą, po okresie kwarantanny, podczas której uczyli się realiów okupowanej ojczyzny pod opieką tzw. “ciotek”, otrzymywali przydziały wojskowe w szeregach ZWZ-AK. W związku z różnym wykształceniem i wyszkoleniem, zajmowali się dywersją (przydzielani do tzw. Wachlarza, następnie do Kedywu), łącznością, szkoleniem kadr, legalizacją dokumentów i wywiadem. Często pełnili funkcje kierownicze. Niemały wkład mieli także w walki w Powstaniu Warszawskim.
Czy podpalili Europę, jak chciał tego Winston Churchill? W zasadzie, nie podpalili nawet Polski, ponieważ nie zrzucono ich tylu, ilu pierwotnie zamierzano. Jednak, trzeba przyznać, że dawali się okupantowi we znaki swoją działalnością. Dobrze to ujął ostatni żyjący cichociemny, Aleksander Tarnawski ps. “Upłaz”: ” Jakie znaczenie militarne mogło mieć 316 ludzi? Żadne. I prawda jest taka, że nie mieliśmy najmniejszego wpływu na wynik wojny”.
Nie sposób opisać tu wszystkich cichociemnych, ani wszystkich akcji bojowych i dywersyjnych, 
w jakich brali udział.  Wymienię tylko nazwiska – wytrychy, a po szczegóły zapraszam do książek, o których za chwilę poniżej. 
Najbardziej rozpoznawalnym cichociemnym jest porucznik (a pośmiertnie major) Jan Piwnik ps. “Ponury” lub “Donat”. To on dowodził brawurową i świetnie przeprowadzoną akcją odbicia 
z więzienia w Pińsku innego cichociemnego Alfreda Paczkowskiego “Wani”. 

 

Za zamachami na Ludwiga Fishera, Hansa Franka (niestety nieudanych) lub też Franza Kutscherę (zakończonej sukcesem) również stali cichociemni: m.in. Adam Borys “Pług”, Ryszard Nuszkiewicz ps. “Powolny”, Władysław Wiśniewski “Wróbel”.  O Stanisławie Jankowskim “Agatonie” i jego wspomnieniach już na Moli Książkowej kiedyś pisałam. Cichociemnym był również generał Leopold Okulicki ps. „Niedźwiadek”, który uznawany jest za głównego prowodyra wybuchu Powstania Warszawskiego, on też wydał słynny rozkaz z dnia 19 stycznia 1945 
o rozwiązaniu Armii Krajowej.

Również niektóre postaci znane nam z naszej historii najnowszej, powojennej, takie tak: Jan Nowak Jeziorański czy Kazimierz Iranek Osmecki zaliczali się do tej elitarnej grupy. Pełną listę skoczków i ich krótkie biogramy znajdziecie w Pomocniku Historycznym. 
 

Cichociemni, jeszcze w Wielkiej Brytanii, byli selekcjonowani pod względem tych wszystkich umiejętności, które były nieodzowne w ich misji. 
Liczby mówią same za siebie: do skoku i do służby w okupowanej Polsce zgłosiło się 2613 ochotników, z których wyczerpujące szkolenie skończyło jedynie 606 osób. Do skoku zakwalifikowano 579 oficerów, skoczyć zdążyło zaledwie 316*… 
Byli, jak wskazuje tytuł książki Kacpra Śledzińskiego „Cichociemni. Elita polskiej dywersji” elitą, najlepszymi z najlepszych…
 
Musieli umieć radzić sobie w każdej sytuacji. To, że byli niezmiernie odważni jest oczywiste, często też wykazywali się brawurą i iście ułańską fantazją, tak jak np. Aleksander Stpiczyński ps. “Klara”, który podszywając się pod barona Arnolda von Lücknera, poszedł z wizytą do feldmarszałka III Rzeszy Wilhelma Lista. Feldmarszałek, nie rozpoznawszy cichociemnego, odwiózł gościa na dworzec własną limuzyną…
Jednak, aby nie wystawić cichociemnym bałwochwalczej laurki, trzeba wspomnieć, że zdarzały się wśród nich postacie kontrowersyjne, jak na przykład Leonard Zub – Zdanowicz ps. “Dor” – jedyny cichociemny oskarżony o dezercję, czy też Jerzy Wojnowski “Motor”, w Gestapo znany, niestety, jako “Garibaldi”. Spowodował on aresztowanie wielu żołnierzy AK, wśród nich kilku cichociemnych, m.in Mieczysława Eckhardta “Bociana”, Mariana Czarneckiego “Rysia” oraz Piotra Downara “Azora”.  
“Cichociemni. Elita polskiej dywersji” Kacpra Śledzińskiego to kompendium wiedzy 
o cichociemnych. 
Autor opisał dzieje najbardziej znanych postaci, ogólny kontekst historyczny, pokazał jak wyglądała trudna walka konspiracyjna w stolicy, w innych miastach (np. w Krakowie), a jak na Kresach, gdzie cichociemni musieli walczyli, w zasadzie, z dwoma wrogami: Niemcami 
i Sowietami. W tym kontekście warto przyjrzeć się także sylwetce oraz skomplikowanym 
Dużą zaletą książki Śledzińskiego jest przedstawienie niektórych wątków w sfabularyzowanej formie. Przez to lektura staje się prawdziwą przyjemnością, a książka przestaje być suchym opracowaniem historycznym. 
Inną, wartą polecenia pozycją wydawniczą na temat naszych pierwszych komandosów, jest praca zbiorowa pt. ”Drogi Cichociemnych”, gdzie każdy etap szkolenia i później pracy konspiracyjnej skoczka jest przedstawiony we wspomnieniach samych cichociemnych. Po raz pierwszy wydana już w roku 1954 w Londynie, wznowiona 1993 roku przez Wydawnictwo Bellona. 
Inną monografią na ten temat było opracowanie Jędrzeja Tucholskiego: “Cichociemni” wydane przez Instytut Wydawniczy „Pax” z roku 1984.
Wielu cichociemnych spisało swoje wspomnienia i burzliwe wojenne dzieje. Należy tu wymienić: 
-„Uparci” Ryszard Nuszkiewicz „Powolny”
 -„Ankieta Cichociemnego” Alfred Paczkowski „Wania”
Partyzanci trzech puszcz” Aldolf Pilch „Góra” vel  „Dolina”
-„Pierwszy skok” – Józef Zabielski „Żbik”
– „Byłem cichociemnym” Stefan Bałuk „Starba”, który, jako fotoreporter, jest autorem wielu zdjęć z Powstania Warszawskiego. Polecam też wywiad z generałem “Starbą”. 
 

18 maja 2016 swoją premierę miała najnowsza książka oparta na wspomnieniach i dziejach cichociemnych: „Ostatni. Historia cichociemnego Aleksandra Tarnawskiego ps. „Upłaz” autorstwa Emila Marata i Michała Wójcika. 

Notabene, jeśli chodzi o tych autorów, to polecam wywiad rzekę ze Stanisławem Likiernikiem pt. ”Made in Poland”. Likiernik wprawdzie cichociemnym nie był, ale działał w „branży” cichociemnym bliskiej – był żołnierzem Kedywu. 

 

Mimo dużych dokonań i niesamowitej historii, o cichociemnych dużo się nie mówi. Wcześniej, dlatego, że nie można było – przez Sowietów oskarżani o agenturę na rzecz Anglii i prześladowani, większość z nich wyemigrowała z kraju, a byli też tacy, którzy zostali skazani po 1946 roku na karę śmierci. Niektóre wyroki, niestety, wykonano.
Obecnie zaś dlatego, że do zbiorowej świadomości lepiej przemawiają bardziej „medialni” żołnierze wyklęci (uwaga! Pojęcia „cichociemni” i „żołnierze wyklęci” wcale się wykluczać nie muszą!). 
 
Chociaż, widać światełko w tunelu, ponieważ serial „Czas honoru”, i wszystkie wydawnictwa z nim związane (książka, gry komputerowe) odniosły sukces, a oznacza to, że cichociemni doczekali się swojego miejsca w kulturze masowej. 
Polecam również film dokumentalny pt. „Cichociemni. Głosy żyjących”
W filmie tym, pada z ust jednego ze spadochroniarzy (wybaczcie, ale nie pamiętam konkretnie którego!), już staruszka, stwierdzenie „Byliśmy do rzeczy chłopaki…”
Właśnie. Ilekroć czytam o cichociemnych i myślę o tych, mimo wszystko skromnych, facetach, to zadaję sobie pytanie: czy jeszcze chodzą tacy po świecie? Czy nasze pokolenie byłoby w stanie zrobić to, co oni robili z całą świadomością tego, że misja ich może się nie powieść? 
Oczywiście, nie powinniśmy czynić porównań, bowiem czasy są zgoła inne. Jednak nic nie poradzę na to, że moje pierwsze skojarzenie ze słowem “cichociemni” to „prawdziwi mężczyźni”. 
I z góry przepraszam męską część Czytelników – nie to, żebym w waszą męskość wątpiła, i oby historia nigdy nie poddała Was takiej próbie.  
Ale przyznajcie sami: trzeba było mieć jaja, żeby skoczyć w ciemną otchłań z lecącego samolotu, wiedząc że skacze się w nieznane, a na dole może czekać nieprzyjaciel…
 *(dane liczbowe podaję za Kacprem Śledzińskim, wnikliwi dostrzegą, że różnią się one w szczegółach, w zależności od źródła informacji).

Patrycja

Nie mając czasu prawie na nic, zawsze znajdę jednak czas na czytanie. Jedni uznają to za niegroźne dziwactwo, inni dzielą tę pasję… Zbuntowałam się przeciwko szalonemu tempu w jakim mija nasza codzienność i postanowiłam podzielić się moimi pasjami z szerszym gronem. Na razie jest o książkach. Wkrótce będzie o innych rzeczach, które dostarczają mi pozytywnych emocji. A od tych ostatnich jestem poważnie uzależniona :)))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *