Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne – Kate Brown

Wydaje się, że wolność jest dla ludzi wartością nadrzędną. O nią potrafią stanąć do walki całe narody i dla niej wszczyna się powstania. Nie bez powodu systemy penitencjarne stosują karę pozbawienia wolności – ciągła kontrola i brak możliwości decydowania o sobie jest bardzo dużym psychicznym obciążeniem i najdotkliwszą z kar. 
 
A zdrowie? Ileż to razy mówimy, że najważniejsze w życiu jest zdrowie? Bo ani go za pieniądze nie kupimy, ani na loterii nie wygramy, a mamy tylko jedno… Oby zdrowie dopisało, a wszystko inne się ułoży… Ile razy powtarzamy to hasło, Drodzy Czytelnicy?
 
A więc wolność i zdrowie. Niby dwie rzeczy bezcenne. Okazuje się jednak, że juz w historii ktoś dał im konkretną wartość, zaoferował że kupi je w zamian za inne dobra i… byli tacy, którzy swoją wolność i zdrowie sprzedali. I to dość tanio…
 
W dodatku, jeśli już o wolności mówimy, z czym kojarzy Wam się Ameryka, jak nie z ostoją wolności i swobód obywatelskich? A Związek Radziecki? Czyż pierwszym skojarzeniem nie jest właśnie przeciwieństwo Ameryki – czyli reżim wolność obywateli ograniczający? 
 
Po lekturze opracowania “Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne” Kate Brown już nigdy to porównanie nie będzie miało takiego samego sensu a filozoficzny dylemat “wolność czy kiełbasa” nabierze realnych kształtów. 
 
 
 
 
“Plutopia” to historia powstania i rozwoju dwóch miast – Richland i Oziorska. Richland, położone w USA, w stanie Washington nieopodal rzeki Columbia. Oziorsk – radzieckie miasto w obwodzie czelabińskim, powyżej dorzecza Tieczy. Na pierwszy rzut oka te dwa miasta powinny być zgoła różne, jak różne były ZSRR i USA… A jednak, miały one ze sobą wiele wspólnego, mimo, że dzieliła je żelazna kurtyna… Otóż, zarówno w Richland jak i w Oziorsku produkowano pluton… Były to miasta objęte szeroko zakrojonymi projektami produkcji atomowej, w Richland w ramach “Manhattanu”, w Oziorsku ramach programu nuklearnego realizowanego w kombinacie “Majak”.
 
W tych atomowych ośrodkach, rozwiniętych w całe zamknięte miasta, żyło się ludziom bardzo dostatnio. W Oziorsku dostatek ten polegał na dostępności mieszkań i zaopatrzonych sklepach. 
 
I mimo zamknięcia, systemu przepustek i niemożności odwiedzania rodziny “na zewnątrz” mieszkańcom nie bardzo się chciało z brakiem wolności walczyć…
 
W Richland, gdzie zasieki zastąpiono szpiclami FBI i pernamentną inwigilacją, można było tanio wynająć dom i za bezcen wykształcić dzieci, nie obawiając się o ich bezpieczeństwo, bo przestępczości po prostu nie było… 
 
Niepokojące głosy o osobach napromieniowanych lub chorujących z powodu kontaktu z promieniotwórczymi odpadami skutecznie uciszano… Jednak byly to odosobnione przypadki, bowiem większość mieszkańców “Plutopii” nie wiedziała lub nie chciała wiedzieć o tym niebezpieczeństwie. Przymykała oko na szkodę dla swojego zdrowia w zamian za dostatek i zaspokojenie potrzeb materialnych. 
 
 
Do tej pory myślałam, Drodzy Czytelnicy, że nuklearna katastrofa w Czarnobylu była największym tego typu wypadkiem w historii. Otóż nie. Była tylko najbardziej nagłośnionym i medialnym. Notabene, na temat przeżyć ofiar Czarnobyla pisała noblistka Swietłana Aleksijewicz pt. “Czarnobylska modlitwa. Kroniki przyszłości”. 
 
 
Wracając do Oziorska i Richland… W obydwu miejscach zdarzyły się nuklearne katastrofy, swoimi skutkami bijące na głowę Czarnobyl, po których choroba popromienna zebrała ogromne żniwo. Opinia publiczna, oczywiście, o tym nie wiedziała. A oprócz wypadków, praktykowano tam zrzucanie ścieków radioaktywnych do pobliskich rzek, zatruwając nimi ludzi i zwierzęta wzdłuż ich dorzeczy… 
 
Powiedzielibyśmy, że jak w Richland i Oziorsku ludzie pracowali w kombinatach atomowych dobrowolne, tak prawdziwymi ofiarami są mieszkańcy pobliskich wiosek, którzy zatruwani przez lata promieniotwórczymi odpadami, zachodzili w głowę skąd nagle wzrost zachorowań na nowotwory lub śmiertelności wśród ich dzieci… 
 
I wydawałoby się, że choć radzieckie władze dopuszczały do trucia miszkańców, to co jak co, ale Amerykanie na coś takiego by nie pozwolili… Nic bardziej mylnego… Może trochę inaczej, może w białych rekawiczkach, ale praktyka była ta sama… Pozbyć się odpadów nie myśląc o żyjących w okolicy ludziach, a tym, którzy domyślą się i upomną o swoje prawa, umiejętnie zamknąć usta… 
 
Wielkie imperia nie zważały na zdrowie swoich obywateli, gdy w grę wchodził wyścig zbrojeń z czasów zimnej wojny. Czy to słynąca z “wolności” Ameryka, czy znany z “zamordyzmu” Związek Radziecki. 
 
Jednak czy można zrozumieć ludzi, którzy wybierali ciepłą posadkę, dobrze zaopatrzony sklep i brak kieszonkowców na ulicach za cenę przedwczesnej śmierci na nowotwór?
 
Czy naprawdę nasz gatunek jest tak niezrozumiały, że podczas gdy jedni zabijają się za wolność, inni potrafią ją sprzedać za wygodne życie?
 
O tym przeczytacie w “Plutopii”… 
 
 
 
 
 
 
 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *