Wampir z Zagłębia – Przemysław Semczuk

Drodzy Czytelnicy, po mrożącej krew w żyłach historii  “Władcy much“, którą niedawno mogliście na Moli Książkowej przeczytać, dziś znów będzie występ gościnny i ponownie będzie dotyczył sprawy z naszej rodzimej kryminalistyki. I również tym razem, opowie Wam o tym mój Tata. Zapraszam na opowieść o “Wampirze z Zagłębia” Przemysława Semczuka.

O najsłynniejszym seryjnym zabójcy, zwanym ,,Wampirem z Zagłębia”, Zdzisławie Marchwickim wiedział niemal każdy kto żył w czasach PRL-u. Choć lista naszych wielokrotnych przestępców jest długa, Marchwicki stale dzierżył i dzierży pierwsze miejsce na tej liście. Czternaście zamordowanych kobiet, kilka usiłowań budzi grozę. Jeszcze w czasach poprzedniego ustroju o Marchwickim pisały tuzy ówczesnego dziennikarstwa, z najbardziej znanymi jeśli chodzi o reportaże sądowe, Wandą Falkowską i Barbarą Saidler na czele. We wszystkich pitavalach ta sprawa jest zawsze numerem jeden.  

Historia ścigania ,,Wampira z Zagłębia”, od pierwszej ofiary w 1964 roku, do ostatniej w 1970 roku jest bardzo ciekawa. Do tego jeszcze dochodził nacisk władz po tym, jak jedną z jego ofiar była siostrzenica pierwszego sekretarza PZPR Edwarda Gierka, cała otoczka polityczna związana z nerwówką milicji, żeby schwytać sprawcę, wreszcie sposób w jaki dotarto do Zdzisława Marchwickiego. 

Przez długie lata nikt nie kwestionował że były jakieś wątpliwości, czy zatrzymano i skazano właściwego człowieka. Jeśli były, to do czasu upadku PRL nikt się oficjalnie z tym nie wychylał… 

Potem jednak kiedy badacze, ludzie zajmujący się kryminalistyką i dziennikarze nie mieli nad sobą politycznej ,,czapy”, wątpliwości nasuwały się większości czytających akta i badających sprawę. Przemysław Semczuk w ,,Wampirze z Zagłębia” prześledził sprawę Marchwickiego, wypunktował nieścisłości, pokazał jak naciskana na odniesienie sukcesu milicja poszła za jednym z tropów jakim był Marchwicki, a potem wspólnie z prokuratorem i w efekcie z sądem, robiła wszystko by nie dostrzegać wątpliwości, których było bardzo wiele. Oczywiście Marchwicki przyznał się, ale przecież w całej historii kryminalistyki były przypadki, że człowiek poddany intensywnemu śledztwu przyznaje się do wszystkiego….  

Wielkim atutem książki jest bogata warstwa faktograficzna na czele z protokołami przesłuchań, fragmentami stenogramu z procesu, czy wreszcie ,,pamiętnikiem wampira”, który Marchwicki pisał w celi, już po skazaniu go na karę śmierci, ale jeszcze przed procesem rewizyjnym przed sądem najwyższym. Ten pamiętnik chyba po raz pierwszy ujrzał w całości światło dzienne. Przeraża w nim prymitywizm Marchwickiego, straszliwe błędy ortograficzne oraz to, że w nim przyznał się do 27 zabójstw, współżycia z siostrą i bratankiem czego nikt nigdy nie potwierdził. To jakby wskazówka, że jego przyznanie też nie musiało być prawdziwe. 

Autor demaskuje wręcz żonę Marchwickiego i głównego świadka oskarżenia, która miała bogaty katalog wykroczeń i spraw sądowych, dzieci z różnych związków, fatalną opinię wszędzie tam, gdzie mieszkała. Ani milicja, ani prokuratura, ani też sąd nie wzięły tego pod uwagę. W aktach była zawsze wymieniona jako ofiara Zdzisława, który nie dbał o rodzinę, pił i awanturował się. Ciekawa była też ława oskarżonych. Oprócz Zdzisława zasiedli na niej jego bracia Jan i Henryk, jego siostra i jej syn. O ile Marchwickiego uznano winnym za śmierć 14 kobiet i skazano go na śmierć, o tyle taki sam wyrok w stosunku do Jana oskarżonego o pomocnictwo przy ostatnim zabójstwie i zacieranie śladów wydawał się zbyt surowy i wymierzony z jakąś intencją. Czemu? Jan odbiegał od reszty rodziny Marchwickich. Miał wyższe wykształcenie, pracował na Uniwersytecie Śląskim. Był czynnym homoseksualistą, znał wiele ciemnych spraw związanych z pracownikami uniwersytetu i nie tylko. Przypuszczalnie był współpracownikiem SB. Podczas procesu publicznie wymieniał nazwiska ludzi zamieszanych w różne ciemne interesy. Czyżby kara śmierci miała uciszyć go na zawsze? Drugi brat Henryk dostał dożywocie,, siostra cztery lata. Skazano też jej syna, który miał zarzut kradzieży niezwiązany ze sprawą. Wątek Jana Marchwickiego w książce niezbyt – ze zrozumiałych przyczyn – rozwinięty jest bardzo ciekawy i pewnie jeszcze ktoś go podejmie. 

Trochę niepotrzebnie autor dołożył innych słynnych śląskich morderców Krzysztofa Plewę ,,Pętlarza”, Joachima Knychałę ,,Wampira z Bytomia” czy Bogdana Arnolda ,,Władcę much”. Wszystkie te sprawy, aczkolwiek bardzo interesujące, nie miały związku z Marchwickim. 

Na koniec czytelnika czeka niespodzianka. Autor dotarł do dokumentów IPN z których wynika, że jedna z najlepszych dziennikarzy zajmujących się kryminalistyką zdobywczyni wielu nagród Barbara Saidler była przez wiele lat informatorką SB donosząc na kolegów z branży. Autor cytuje dokumenty, fragmenty doniesień. Rozmawia też z 90-letnią dziś dziennikarką. Jej tłumaczenia wydają się być nieprzekonywujące… 

Temat skazywania niewinnych ludzi i wychodzenia ich na wolność dzięki wracaniu do starych spraw, w związku z postępem w kryminalistyce (DNA), jest ostatnio na czasie. W przypadku Marchwickiego już podczas pierwszej rozprawy w 1974 roku  powinna zapalić się czerwona lampka składowi sędziowskiemu. Nie było żadnych namacalnych dowodów. Sprawca nie gwałcił ofiar, nie pozostawił też żadnych śladów biologicznych. Zegarek jednej z ofiar znaleziony u siostry Marchwickiego miał inny numer seryjny. Nie było odcisków palców (jeden odcisk jak przypuszczano sprawcy nie należał do Marchwickiego). Świadkowie którzy widzieli uciekającego mężczyznę nigdy nie stwierdzili z całą pewnością, że to był Marchwicki. Wobec braku śladów biologicznych nie ma szans by dzisiaj dokonać ich porównania z np. DNA krewnych Marchwickiego i zostaną nam tylko domysły, czy nie doszło do pomyłki sądowej.

Przez wiele lat, po lekturze  kilku pitavali i reportaży z tej zbrodni, byłem przekonany, że powieszono rzeczywistego sprawcę i poniósł zasłużoną karę.
Po przeczytaniu książki Semczuka nie jestem już taki pewny…    

Andrzej Flügel

Patrycja

Nie mając czasu prawie na nic, zawsze znajdę jednak czas na czytanie. Jedni uznają to za niegroźne dziwactwo, inni dzielą tę pasję… Zbuntowałam się przeciwko szalonemu tempu w jakim mija nasza codzienność i postanowiłam podzielić się moimi pasjami z szerszym gronem. Na razie jest o książkach. Wkrótce będzie o innych rzeczach, które dostarczają mi pozytywnych emocji. A od tych ostatnich jestem poważnie uzależniona :)))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *