Genialni. Lwowska szkoła matematyczna – Mariusz Urbanek

Witam Was serdecznie, Drodzy Czytelnicy, w Nowym Roku. Chociaż Ziemia po raz kolejny wykonała obrót wokół Słońca, to i tak obudziliśmy się w podobnej rzeczywistości: zimno i ciemno, jak na nasz klimat przystało, a wiadomości lepiej omijać szerokim łukiem, bo po cóż zaczynać rok od denerwowania się…

Na szczęście, istnieją książki! Jak powiedziała Wisława Szymborska, jest to najlepsza zabawa, jaką wymyśliła sobie ludzkość. Książki wszak mogą nas zabrać w każdy zakątek globu i w kosmos, pozwolą na podróż w czasie lub na spotkanie niesamowitych ludzi. I to wszystko bez wychodzenia z domu, co przecież jest niebagatelną zaletą w czasach epidemiologicznie niepewnych…

Dziś właśnie o literackim spotkaniu chciałabym napisać. Spotkaniu z prawdziwymi geniuszami, niezwykłymi życiorysami i zagmatwanymi ścieżkami historii!

Niedawno, dzięki Mariuszowi Urbankowi i jego książce “Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” przeniosłam się do przedwojennego Lwowa, gdzie udało mi się spotkać niesamowitych matematyków.

Sama z matematyki rozumiem niewiele, tyle ile każdy dorosły, obracający się w społeczeństwie człowiek wiedzieć powinien. O tym, że Lwów, a ściślej tamtejszy Uniwersytet Jana Kazimierza, był bardzo prężnym ośrodkiem akademickim przed II Wojną Światową wielu z Was zapewne słyszało. To, że mieliśmy tam bardzo zdolnych matematyków, spośród których niektórzy uczestniczyli w projekcie Manhattan i stworzeniu bomby atomowej, też nigdy nie było tajemnicą. Ale dlaczego Lwów? Skąd akurat tam tyle tęgich umysłów, o które biły się potem najlepsze uniwersytety na świecie? Jak doszło to powstania kręgu naukowców, który potem zaczęto nazywać “Lwowską Szkołą Matematyczną”?

Odpowiedzi na te pytania, i na wiele innych, znajdziecie w “Genialnych”. Mariusz Urbanek, “specjalista od biografii”, tym razem musiał zagłębić się w kilka życiorysów i zanurzyć się w atmosferze przewojennego Lwowa. A potem, gdy Lwów przestał być polskim miastem, wyruszył w ślad za lwowskimi matematykami w głąb nowej, powojennej Polski, i dalej, aż za ocean. I jak to zwykle on, przedstawił fakty z dużą dozą czułości dla swoich bohaterów, jednak powstrzymał się od oceny ich postępowania…

O niezwykłych nawykach lwowskich matematyków, takich jak zapisywanie problemów w zeszycie zwanym “księgą szkocką” lub notowanie matematycznych dowodów wprost na blacie kawiarnianego stolika, ku rozpaczy właściciela lokalu, w “Genialnych” przeczytacie, więc nie będę się rozpisywać.

Wspomnę tylko, że Lwowska Szkoła Matematyczna tak naprawdę powstała w… Krakowie! I to przypadkiem. Otóż, młody doktor matematyki (wykształcony w Getyndze, ówczesnej mekce matematyków) Hugo Steinhaus, idąc krakowskimi plantami usłyszał słowa “całka Lebesgue’a”. Większości z nas zapewne, Drodzy Czytelnicy, te słowa nic nie mówią. Ale Steinhausowi owszem, mówiły bardzo wiele, i zaintrygowany postanowił zaczepić dwóch młodych ludzi siedzących na ławce i rozmawiających o matematyce. Jednym z nich był Stefan Banach, matematyk – samouk, którego odkrycia podłożyły podwaliny pod tzw. analizę funcjonalną i zrewolucjonizowały, wg ekspertów, niektóre działy matematyki. Potem Steinhaus zwykł mawiać, że jego największym “odkryciem” był właśnie Banach… 

Nie byli podobni do siebie. Steinhaus elegancki, językowy purysta, o bardzo cietym dowcipie, właściwie abstynent.

Banach – lekkoduch, nieprzywiązujący uwagi do formalizmów, wiecznie żyjący na kredyt i niewylewający za kołnierz…

Instytucję zwaną “Lwowską Szkołą matematyczną” tworzyło wielu matematyków. Do najbardzej znanych, oprócz Banacha i Steinhausa należeli: Stanisław Ulam, Antoni Łomnicki, Stanisław Mazur i Marek Kac. Pochodzili z różnych środowisk, klas społecznych i opcji politycznych. Kończyli różne uczelnie i ba! nawet różne kierunki uniwersyteckie, a profesor Banach, światowa sława, właściwie nawet nie ukończył magisterium. Wszystkich połączyła uniwersalność królowej nauk oraz zamiłowanie do rozwiązywania “problematów”, bo tak nazywali matematyczne problemy i zawiłości. Ich umiejętności budziły zachwyt. W czasie okupacji Lwowa, lub trudnych politycznie czasach powojennych, nawet ci przeciwni panującemu ustrojowi byli przez władze uznawani i chwaleni. Czyżby prawdziwy geniusz umiał obronić się sam, nawet przed zakrętami historii? Zapewne, choć nie zabrakło w biografiach lwowskich matematyków momentów tragicznych, a niekórzy z nich nie przeżyli wojennej zawieruchy.

Aby poznać ich losy bliżej, zapraszam do obejrzenia ciekawej prezentacji studentów Politechniki Warszawskiej  upamiętniającej lwowskich matematyków, a potem, oczywiście, do lektury “Genialnych. Lwowskiej szkoły matematycznej”! 

A jeśli komuś byłoby mało, to może sięgnąć po “Kalejdoskop matematyczny” autorstwa profesora Steinhausa. Książka ta napisanana jeszcze przed wojną,  po wojnie doczekała się wznowień, miała na celu popularyzację zagadnienień z pogranicza matematyki i filozofii. Podobno nawet matematycznie oporni dają sobie z nią radę!

 

Patrycja

Nie mając czasu prawie na nic, zawsze znajdę jednak czas na czytanie. Jedni uznają to za niegroźne dziwactwo, inni dzielą tę pasję… Zbuntowałam się przeciwko szalonemu tempu w jakim mija nasza codzienność i postanowiłam podzielić się moimi pasjami z szerszym gronem. Na razie jest o książkach. Wkrótce będzie o innych rzeczach, które dostarczają mi pozytywnych emocji. A od tych ostatnich jestem poważnie uzależniona :)))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *